Kocham, lubię, nienawidzę. Jak się żyje w USA?

Zanim przyleciałam do USA, to miałam jakieś tam wyobrażenie na temat tego kraju. Wyobrażenie wykreowane oczywiście przez filmy zza wielkiej wody, doniesienia usłyszane w wieczornych wiadomościach, opowieści znajomych, którzy już tu byli (lub nadal są).

Po przylocie miałam okazję zderzyć swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Od razu zaznaczę, że Stany Zjednoczone to przecież ogromny kraj. Pisząc zatem o tym, jak się żyje w USA, warto zawęzić swoje spostrzeżenia i obserwacje do miejsca, w którym obecnie przebywamy. Warunki życia, ludzie, obyczaje będą się od siebie różnić w zależności od Stanu, a nawet miasta.

Od miesiąca żyję w Kalifornii, w miejscowości Folsom, ponieważ tu znajduje się miejsce pracy mojego męża.

Poniższa lista to nie jakieś górnolotne przemyślenia. Po prostu są rzeczy, które sprawiają, że żyje mi się tu przyjemnie i takie, które są tak zwanym pain in the ass (wrzodem na tyłku). Wymieniam rzeczy duże i malutkie. Do części się już przyzwyczaiłam, inne pewnie będą mnie wkurzać stale. Być może coś z poniższej listy was zaskoczy. Ciekawa jestem, co zmieni się za kilka miesięcy 😉

TOP 5 LOVE

Ludzie są pozytywni i przyjaźni.

Serio. I nie wydaje mi się, aby było to udawane. Do tej pory nie spotkało mnie tu nic nieprzyjemnego. Nawet wizyta w urzędzie (która w Polsce często była małym koszmarem) jest sympatyczna, bo Pani w okienku uśmiechnięta i pomocna.

W banku pracownica musiała zostać ponad 15 minut dłużej, aby dokończyć z nami proces zakładania konta. Nie śpieszyła się i nie patrzyła na nas wrogo, gdy zadawaliśmy kolejne pytania. Żartowała i zagadywała naszą córkę. Na koniec przeprosiliśmy ją za to, że musiała zostać z naszej winy dłużej w pracy. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i powiedziała, że przecież to nie problem i tak jest w pracy od 9 rano, więc 15 minut nie robią dużej różnicy, po czym życzyła miłego wieczoru. Nie było w jej zachowaniu, ani cienia nieszczerych intencji. „Chyba śnię” pomyślałam.

W moim ulubionym markecie obsługa wita się z nami serdecznie, a jeśli zobaczy, że dłużej stoimy przy półce od razu pyta, czy nam pomóc. Przy kasie zawsze zagadują. Jak byłam na zakupach sama i miałam dwie wielkie siatki, jeden z pracowników uparł się, że zaniesie mi je do auta.

Innego dnia zaczepił nas koleś, aby powiedzieć, jak świetne buty ma mój mąż, a mnie ostatnio zagadała starsza Pani, chwaląc moje ubranie i śmiejąc się do córy. Po czym zaczęła pokazywać filmiki i zdjęcia swoich wnuków. 😉

Wiem, że są ludzie, którzy nie lubią tak zwanych small talks. Na stwierdzenie kasjerki: „O masz brokuła, co z niego zrobisz?”, najchętniej odpowiedzieliby: „A co cię to k.. obchodzi?”. Być może to nasza polska natura? Nie obrażajcie się kochani rodacy, niestety nie jesteśmy najbardziej otwartym narodem na tej planecie. Lubimy ponarzekać w kolejce, zawsze nam za zimno lub za gorąco, w aucie ulubiony przycisk to klakson.

[BTW czy wiecie, że w Kalifornii nie wolno używać w aucie klaksonu? Możesz go nacisnąć jeśli sytuacja jest niebezpieczna i chcesz kogoś ostrzec np. jeśli jedziesz we mgle i jest bardzo słaba widoczność.]

Osobiście nie mam problemu z zagadywaniem i  lubię wdawać się w bezproduktywne rozmowy. Kocham ten entuzjazm amerykanów. Te wszystkie: „I’m so exciting for you”, „Oh my god, she’s so cute” i „I love your lipstick!”. Z jednej strony trochę to śmieszne, z drugiej chłonę wszystkie miłe gesty jak gąbka. Nastraja mnie to pozytywnie i dodaje energii. Kocham amerykańską bezpośredniość i to, że nie mają oporów, aby podejść do zupełnie obcej im osoby, aby dać komplement i zapytać o namiary na fryzjera, bo spodobały im się jej włosy. Idąc po naszym osiedlu, mówię do wszystkich:”Hello!”, obojętnie czy ich znam, czy nie. Nauczyłam się tego tutaj. To moi sąsiedzi, mieszkamy w jednej community, dlaczego nie mamy witać się uśmiechem. Nie we wszystkich stanach spotka was coś podobnego. Podobno Kalifornijczycy tacy już po prostu są, ale kto by nie był zadowolony, gdyby miał…

Słońce przez ponad 300 dni w roku.

No błagam, komu by się buzia nie uśmiechała, gdyby zamiast chlapy miał przez większość dni w roku słoneczko. No komu by się to nie spodobało. Pokażcie mi tego marudę 😉

Oczywiście latem będę rozpływać się w ponad 40-stopniowym upale i być może sobie wtedy troszkę ponarzekam. Moją ulubioną porą roku będzie zatem wiosna i jesień (20 – 25 stopni, słonecznie, przyjemnie).

Jeśli za oknem szaro i buro to jakby mniej się chce, a jak niebo piękne, czyste i błękitne to od razu szklanka jest do połowy pełna. Piszę post 8 listopada, jest dziś trochę szaro, ale temperatura to 15 stopni. Wczoraj było 12, ale na niebie ani jednej chmurki i świeciło słoneczko. Zimą jest tu podobno pora deszczowa. Raczej nie ma co liczyć na opady śniegu, ale jak za nim zatęsknię, to wsiądę w auto i po mniej więcej dwóch godzinach drogi wysiądę w górach i wskoczę na narty.

Nie będę się rozpisywać. Po prostu żyć nie umierać.

Październik. Krótkie spodenki. 25 stopni 😉

Raj dla wegetarian, wegan i eko maniaków

W Polsce ok 70% mojej spiżarki to były produkty ekologiczne od certyfikowanych dostawców. Nie wyobrażałam sobie, aby po przylocie do Stanów jeść inaczej.

Czytam etykiety, sprawdzam składy, unikam cukru, konserwantów i innych zbędnych składników. Nie jestem totalnie zakręcona na tym punkcie i nie wychodzę z restauracji, jeśli okaże się, że jajka użyte do wykonania potrawy nie były organic, ale do domu kupuję dobre jakościowo produkty i jeśli mam do wyboru pomiędzy tym z naklejką NO GMO lub drugim bez oznaczenia to wiecie, co włożę do koszyka [Nie, nie to, co tańsze. Bez GMO oczywiście] 😉

W USA kupić można wszystko. Na półce znajdziesz produkty, które są oznaczone jako organiczne (organic — odpowiednik słowa ekologiczny, w UE szukacie produktów z zielonym listkiem tu z oznaczeniem USDA organic i/lub NON GMO project), produkty bez GMO, produkty bez glutenu, dla wegetarian, dla wegan, bez laktozy, bez cukru, dla kochających jednorożce. No dobra przesadziłam 😉

Po prostu wybór jest ogromy. Wchodzisz na dział warzywny i masz na przykład 8 rodzajów ziemniaków, bo przecież innych użyjesz do gotowania, a innych do pieczenia. Na mięsie znajdziesz informacje, co zwierzak jadł na śniadanie 😉 Serio. Etykieta posiada na przykład taką informację: hodowana bez hormonów wzrostu, bez antybiotyków, karmiona trawą. Jajka możesz kupić organiczne, a jak masz ochotę to jeszcze dodatkowo takie, które zawierają więcej Omega-3.

Jedne z pierwszych zakupów spożywczych zrobionych przez nas w USA

Nie mam już problemu, z tym że otwieram książkę kucharską i znajduję tam produkt, którego u nas ze świecą szukać. Wszystko jest do kupienia, należy jedynie sprawdzić zawartość portfela.

Słyszałam nawet historię, że ludzie skrzykują się w kilka osób, aby kupić krowę, dzięki czemu mają mleko, które nie jest pasteryzowane. Zwierzaka nikt z ich oczywiście nie trzyma u siebie na podwórku. Krowa zostaje u gospodarza, od którego została kupiona, a grupka ludzi po prostu płaci mu za opiekę i wynajęcie miejsca w oborze ;-).

Trochę na początku rachunki za żywność mnie przerażały, ale szybko przestałam przeliczać dolary na złotówki. Nie miało to sensu. Najlepiej jest wybrać się do wszystkich większych sklepów w okolicy i porównać ceny, aby nie zbankrutować na zakupach. Robię sobie raz w tygodniu listę potraw, które będę sobie pałaszować przez najbliższe pięć — siedem dni, na podstawie tego robię listę artykułów i jadę do sklepu. Może kogoś to rozśmieszyć albo ktoś popuka się w czoło, ale:

  • po pierwsze nie lubię wyrzucać jedzenia, a dzięki temu mam małe szanse, że coś się zmarnuje,
  • po drugie nie muszę nagle biec do sklepu, bo okazuje się, że czegoś mi zabrakło,
  • do sklepu muszę jechać autem, z dzieckiem taka wycieczka to nie pięć minut, zakupy raz w tygodniu pozwalają mi oszczędzać czas i nie męczę córki,
  • szczerze to nie lubię jeździć na zakupy i snuć się po sklepie, zatem jeszcze raz mój system daje radę,
  • i po piąte nie należę do osób, które otwierają lodówkę i wpada im do głowy genialny pomysł na obiad, dzięki planowaniu wiem dokładnie, z jakiego repertuaru mogę wybrać, a napisanie sobie listy pozwala zaplanować urozmaicone posiłki, codziennie coś innego. Nie jem zatem codziennie owsianki na śniadanie ;-).

Zakupy spożywcze to jedno, ale nie zapominajmy o kosmetykach. Te tu też możesz dostać i całkowicie naturalne, organiczne, nietestowane na zwierzętach, wegańskie.

[już widzę, jak jedna z moich koleżanek pociera rączki i zaczyna odkładać na paczkę od cioci ze stanów, pozdrawiam cię Natalio!]

Zakupy

Nie lubiłam w Polsce chodzić po sklepach. W tej sprawie nic się nie zmieniło. Nadal nie lubię snuć się bez celu po centrach handlowych. Ubrania przeglądałam zawsze wcześniej w internecie i kierowałam swoje kroki do konkretnego sklepu. Zapoznawałam się ze składem kosmetyku i z  opiniami na jego temat, następnie nabywałam go w sklepie stacjonarnym lub zamawiałam w sklepie online. Tu robię tak samo, dlaczego zatem zakupy są w Top 5 Love USA?

W Polsce kupiona rzecz nie zawsze spełniała moje oczekiwania. Okazywało się, że z bluzki po praniu robiła się totalna szmata. Kosmetyk czasami  mimo prostego składu uczulił mnie albo kolor pudru został źle dobrany. No i klops, bo jeśli chciałam rzecz bez problemu zwrócić, to nie mógł on nosić śladów użytkowania, w innym przypadku czekała cię reklamacja. Proces długi i nie zawsze zakończony sukcesem.

W USA, jeśli coś ci się nie podoba. No problem! Możesz to zwrócić. Kupiłam tabletki na alergię z nieodpowiednim składnikiem aktywnym. Lek w ogóle mi nie pomagał. Bez problemu go oddałam. Myślałam, że będę się musiała jakoś tłumaczyć. Nic z tych rzeczy. Podeszłam i powiedziałam, że chcę go oddać, bo nie działa. Babeczka powiedziała: Ok. I od razu zwróciła mi pieniądze na katę, z której dokonałam zakupu. Nie czekałam na zwrot 14 czy 30 dni. Dostałam kasę już na drugi dzień. Aha, czy wspomniałam, że opakowanie tabletek było otwarte i oczywiście 5 z nich było już dawno zjedzone?

Znajomi zwrócili opakowanie burito, z którego zjedliśmy 8 kawałków (30% opakowania, ciasto było za suche). W jednym ze sklepów trafiliśmy na zwrot odkurzaczy, które ewidentnie były używane, być może kogoś nie zadowolił efekt sprzątania.

Przykładów mogłabym wymieniać wiele. Ogólnie rzecz biorąc, nie panuje tu przekonanie, że klient chce ich oszukać, a slogan „satysfakcja gwarantowana”, nie jest pustym hasłem.

Ok zwroty i wymiana towaru bajka. Co jeszcze?

Kart lojalnościowe i zapisy do newslettera rzeczywiście się opłacają. Za zapis do Ikea dostałam w prezencie 25 dolarów na zakupy. Jeśli kupujesz z karta Ikea i nagle w przeciągu 90 dni cena zakupionego towaru ulegnie obniżce, możesz ubiegać się o zwrot różnicy. Posiadacze kart mają często lepsze ceny, raczej więc nie ma osoby, która robiłaby w sklepie regularnie zakupy bez aktywnej karty. Co jakiś czas wydawane są oczywiście gazetki promocyjne, ale dodatkowo drukowane są również kupony lub sklep udostępnia je dla posiadaczy aplikacji mobilnej. Często kupony i promocje łączą się, można zatem nieźle się obłowić.

Na koniec dodam jeszcze, że jakość ubrań jest o wiele lepsza i za przystępną cenę, a jak wpadnie się do miasteczka z outletami, to można przehulać pół wypłaty. I nie są to sklepy tak jak w Polsce, gdzie traficie na odpadki i końcówki kolekcji. Outlet w Polsce niestety przy tym w USA wygląda jak second-hand.

Moje amerykańskie mieszkanie

Nie wiem jak, przez 31 lat mojego życia mogłam żyć bez tych cudów techniki. Nie rozumiem, dlaczego nie ma ich w każdym polskim mieszkaniu, tu jest to zazwyczaj standard. Czytajcie, kupujcie i montujcie w mieszkaniach i domach, podziękujecie mi później ;-).

Po pierwsze nie wiem, jak do tej pory mogłam żyć bez młynka do rozdrabniania odpadków zamontowanego pod zlewem. Już nie muszę wygrzebywać resztek jedzenia, ale odkręcam wodę i naciskam przycisk i mogę jedynie powiedzieć: Pa, pa. Są rzeczy, których nie polecam tam wrzucać, ale jest ich niewiele. Skórka od banana, cebula, bardzo twarde rzeczy. Poza tym radzi sobie z resztkami po obiedzie bez problemu.

Podoba mi się to, że w mieszkania jest wygospodarowane osobne miejsce na pralnie. Czasami jest to mały pokój, czasami jedynie schowek w ścianie, ale mimo wszystko w łazience nie tracimy miejsca na sprzęty. Jeśli jesteśmy już przy praniu, to nie wiem też, jak mogłam żyć bez suszarki do ubrań. Pranie nie schnie godzinami na suszarce, która już nie zajmuje nam miejsca w jednym z pokoi. Nie mam już problemów z wilgocią i nieprzyjemnym zapachem ubrań, które nie wyschły tak, jak powinny. Nie muszę już rozwieszać prania, więc oszczędzam na czasie. ALE najlepsze jest to, że nie potrzebuję żelazka! Ok, no dobra koszule trzeba wyprasować, bo moja suszarka to stary model, ale wszystkie koszulki, spodnie inne rzeczy po prostu składam lub zakładam na wieszak i chop do garderoby.

Kocham, nie oddam! Mogę ewentualnie zamienić na cichszą [patrz TOP 5 HATE] 😉
No właśnie, garderoba, od tej pory zawsze będę chciała ją mieć zaraz przy sypialni. O garderobie zresztą marzy chyba każda dziewczyna, najlepiej dobrze wyposażonej, wielkości pokoju, z dużym lustrem i fotelem. Zazwyczaj każdy pokój dumnie nazwany sypialnią ma osobną garderobę lub szafę, a czasami nawet i łazienkę.

Dodatkowo kocham to, że mieszkanie posiada całą masę gniazdek, dzięki czemu zapomniałam o tym, co to jest przedłużać i już się nie zastanawiam czy podłączyć lampkę czy laptopa.

Polubiłam też bardzo tutejsze sprzęty kuchenne. Duży, obszerny piekarnik z podstawowymi funkcjami: pieczenia, pieczenia z termoobiegiem i grillowania. Bo szczerze to kto używa więcej niż maksymalnie trzech? Sama w Polsce zwracałam uwagę na ilość programów, teraz zastanawiam się po co tak na prawdę ich potrzebowałam. I bardzo lubię ich prostotę, kilka guzików z napisem za  co odpowiadają. Nie potrzebna jest instrukcja.

TOP 5 HATE

Ok, a co mnie tu wkurza i irytuje? Trochę sobie ponarzekam. Ach te problemy ludzi pierwszego świata. Bo serio są to drobnostki.

Woda śmierdzi chlorem

O matko, tego nigdy nie zaakceptuję. Po pewnym czasie nos przyzwyczaja się do zapachu i już tak nie irytuje podczas mycia rąk, szczególnie jeśli używacie pięknie pachnącego mydełka. Nie zamawiajcie w restauracji zwykłej wody lub nawet lemoniady, chyba że chcecie się czuć tak, jakbyście pili wodę z basenu 😉 Amerykanie piją wodę z kranu. Też tak robię, ale stosuję filtry, natomiast w restauracjach tego nie robią. Popełniliśmy ten błąd tylko raz. Od tamtej pory zazwyczaj zamawiamy coś, co było wcześniej w butelce lub darujemy sobie picie w ogóle.

Ustawianie ciepłej wody

Nie ma mowy o cichym prysznicu z użyciem małej ilości wody. No może, w niektórych mieszkaniach i domach jest jakiś inny system. W 95% miejsc, aby się wykąpać w ciepłej wodzie, należało odkręcić wodę na maksa. Im mocniej leciała, tym była cieplejsza. Irytujące. Dodatkowo nawet w nowych domach przy umywalce spotkacie osobny kurek do ciepłej wody i osobny do zimnej. Na szczęście nie jest tak jak w UK, że są to osobne kraniki i na dodatek ustawione tak daleko, że woda się ze sobą nie łączy w jeden strumień [kto to wymyślił?].

Wszechobecna żółć i kafelki zamiast blatów

Amerykanie chyba po prostu kochają ciepłe kolory. Szukając dla siebie mieszkania, natrafialiśmy na beżowe ściany, kremowe ściany, żółte ściany…. Lubię chłodne barwy, najchętniej pomalowałabym mieszkanie na biało i szaro. To bardzo ważne, aby czuć się w miejscu, w którym się mieszka komfortowo. Tysiące kilometrów od rodziny i przyjaciół, tęsknota. Jeśli otaczasz się wówczas dobrymi ludźmi i przedmiotami, które lubisz, a w nowym domu czujesz się dobrze, bo nie wkurza Cię kolor ściany i rozwalająca się szafka, to łatwiej Ci jest oswoić się z nową sytuacją i mniej łapie się doła.

Niestety oprócz wszechobecnych odcieni żółci natrafialiśmy na blaty kuchenne z kafelek lub tanich imitacji kamienia. Nasze pierwsze, przejściowe mieszkanie, w którym spędziliśmy tydzień, było koloru kremowego, a okolica niestety niezadbana. Przy jednym z garaży straszyły wyrzucone stare meble, za oknem mieliśmy dosyć sporo pajęczyn. Małe pajączki mnie nie przerażają, ale w Kalifornii żyją spore okazy, których nie chcielibyście spotkać w waszym domu. Pierwszego dnia przywitał nas maluszek z odwłokiem wielkości 5 zł. W oknach są moskitiery, niestety ta w sypialni była uszkodzona. Brrrrr. Nie lubię owadów.

Na szczęście nasze docelowe mieszkanko jest w kolorze „kawy z mlekiem”, ma białe szafki w kuchni, blat jest szary, a sprzęty stalowe. Uff. Osiedle jest zamknięte, czyste i zadbane. A na takie drobnostki jak cowieczorne zabieranie śmieci przez obsługę i serwis, w razie jakiejś awarii, na każde zawołanie sprawia, że żyje nam się tu jak na razie miło i przyjemnie.

Głośne sprzęty

Głośna lodówka, pralka, głośna suszarka. Tak ukochana suszarka. No niestety. Suszarka po zakończonej pracy wydaje dźwięk, który kiedyś doprowadzi do mojego zawału. Po tylu raz powinna się przyzwyczaić. Nic z tego. Głośne „YYYYY” sprawia, że podskakuję za każdym razem. Nowe sprzęty grają uroczą melodyjkę. Również głośno. Jak to powiedział nasz kolega: Ameryka jest głośna. Take it or leave it!

Chleb

Nie jem za dużo pieczywa, ale nie cierpię tutejszego chleba. Znalazłam jak na razie jeden, który się nadaje, ale jest to białe „G”, które może w miarę smaczne, ale na pewno niezdrowe. No cóż, jeśli chcesz sobie zjeść w USA dobry chleb, to biegnij do polskiego lub rosyjskiego sklepu, lub upiecz sobie go samodzielnie. Próbowałam kilka rodzajów chleba z różnych sklepów. Za każdym razem było coś nie tak. Nie ma chrupiącej skórki, za słodki, za kwaśny, jak guma. Polskiego mi dajcie.

[Liczę po cichu, że pod choinką znajdę maszynę po pieczenia chleba ;-)]

Podobał Ci się tekst? Chcesz, żebym pisała dalej? Polub moją stronę na Facebooku, a na pewno dasz mi kopa do działania. Będzie mi bardzo miło, jeśli klikniesz „lubię to”.

6 Comments

  1. To w jaki sposób piszesz o żywności GMO oznacza, że zwyczajnie nie orientujesz się w temacie.
    Polecam poczytać na temat odmian GMO ze źródła, które przedstawia dane naukowe, a nie propagandę. Blog „To tylko teoria” jest bardzo dobrym miejscem by zapoznać się z tematem i przestać szerzyć hasła typu „GMO to zło”.
    Dlaczego ludzie uważają, że naukowcy chcą nas pozabijać?!
    Pozdrawiam.

    1. Cześć Asiu, dziękuję za komentarz. Mój wpis w żadnej sposób nie sugeruje jaką żywność powinnaś wkładać do swojego koszyka. Informuję w nim o tym co mi się podoba w pięknym stanie Kalifornia i jakich ja dokonuję wyborów żywnościowych. Nie jestem dietetykiem, nie mam też odpowiedniego wykształcenia, aby mówić ludziom co mają jeść. Nie lubię ludzi, którzy należących do grupy: Nie znam się to się wypowiem.
      Nie znajdziesz u mnie zatem nigdy zdania: Nie kupuj produktu X jeśli nie ma naklejki: BIO, EKO, No GMO etc. Nie twierdzę też, że ja nigdy takiej żywności nie kupię. Zdarza mi się, ale rzadko. Wybieram gównie produkty organiczne i bardzo ograniczam chemię w domu, staram się używać kosmetyków naturalnych lub o jak najprostszym składzie.
      Twoje zakupy, to twoja sprawa. Możesz jeść co ci się podoba. Nic mi do tego.
      Nie wiem czy żywność GMO szkodzi czy nie. Mogę jedynie napisać Ci co zmieniło się u mnie na plus w momencie kiedy zaczęłam jeść produkty ekologiczne, a co się dzieje kiedy nie zwracam uwagi na to co ląduje na moim talerzu. Nie oznacza to jednak, że każdy organizm zareaguje tak samo.
      Odnośnie żywienia polecam blog Damiana Parola [https://www.damianparol.com/] 😉 A do siebie zapraszam na bardzo subiektywne wpisy dotyczące mojego życia w USA. Ostrzegam, że mogą pojawić się jakieś traktujące o jedzeniu na przykład o słodyczach. Nie bio i pewnie naładowane GMO. Pysznych. Ale czy to będzie oznaczać, że promuję cukrzycę? 😉 Pozdrawiam serdecznie.

      1. Owszem, nie mówisz o tym wprost, by nie kupować takich produktów, ale mocno sugerujesz, że są one gorsze.
        Jestem biotechnologiem roślin, więc na mnie takie rzeczy nie robią wrażenia, jednak dla osób, które nie są obyte z tematem może to być bardzo opiniotwórcze. Niestety, blogerzy w dzisiejszych czasach są postrzegani jako autorytety.
        Odnośnie zmniejszania ilości chemii w kuchni chciałabym jedynie wspomnieć, że odmiany GMO najczęściej są tworzone po to, by zmniejszyć ilość stosowanych pestycydów podczas uprawy, a odnośnie upraw EKO przytoczę cytat jednego z moich profesorów specjalizujących się w mikrobiologii: „W dzisiejszych czasach drobnoustroje są tak dostosowane, że praktycznie niemożliwym jest uprawa bez chemii. Jeśli rolnik twierdzi, że nie stosuje oprysków, to prawdopodobnie po prostu pryska nocą, by nie dać się złapać”
        Pozdrawiam.

        1. Ha, ha Asia, dzięki za ten komentarz. Profesorowi radzę się dokształcić, bo jak widać wraz z nabyciem tytułu profesora zapomniał, że uczyć się trzeba przez całe życie. A tak na serio, bez niepotrzebnych przytyków, to niestety takie własnie głosy nastawiają ludzi przeciwko uprawom ekologicznym. Aby posiadać certyfikat gospodarstwa ekologicznego przechodzi się corocznie, co chwilę różnego rodzaju testy roślin, gleby itd. Produkty wytwarzane w gospodarstwach ekologicznych wielokrotnie badane są na pozostałości środków ochrony roślin, metali ciężkich, azotanów i azotynów. Gleby zawierają bardzo małe ilości metali ciężkich. W wielokrotnie badanych produktach zazwyczaj nigdy nie można oznaczyć pozostałości środków ochrony roślin. Na wynikach widnieje informacja: poniżej progu oznaczalności. Możesz poczytać o sposobach ochrony roślin w gospodarstwach ekologicznych i o metodzie biodynamicznej. Pozdrawiam profesora.

        1. ha ha tak żart 😉 cukier zło, gluten zło. Wiadomo, dlatego kolejny wpis będzie o babeczkach, a w tym momencie zajadam się pizzą 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *